W zbliżeniu

maj 13, 2022 7:23 pm opublikowane przez

Z „Wujaszkiem Wanią” w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej jakoś niepostrzeżenie się zżyłem. W Kaliszu szedłem na to przedstawienie jak do zbyt długo niewidzianych przyjaciół, zastanawiając się, czy powrócą dawne emocje. Wspominałem rozgrzane lato ubiegłego roku, gdy na Scenie pod Ratuszem oglądałem je po raz pierwszy, a potem wychodziłem na płytę krakowskiego Rynku, mimo późnego wieczora żar kapał z nieba, a ja ukradkiem ocierałem łzy wzruszenia. I seans bodaj z marca, który zadziałał równie piorunująco. Żartowaliśmy z kolegami, że to jest spektakl dla facetów w naszym wieku, bowiem w Wojnickim i Astrowie dostrzegamy samych siebie i dlatego tak przejmuje nas ich rozliczenie z przegraną przeszłością i przyszłością bez szans na zmianę. Żartowaliśmy tylko, bo w „Wujaszku Wani” z Teatru Ludowego w Krakowie przeglądają się wszyscy, co nie boją się naprawdę czuć. Podobnie było w Kaliszu, gdzie publiczność chłonęła spektakl w ciszy, czasem reagowała śmiechem, a kiedy Astrow powiedział, że nie kocha Soni, ktoś wyrzucił z siebie „o nie…”, jakby chciał nakłonić bohatera do innej postawy.
W Krakowie grają dramat Antoniego Czechowa w maleńkiej ciasnej przestrzeni Sceny pod Ratuszem. Widzowie siedzą o krok od aktorów, czują ich oddech, widzą każdą łzę. Scena kameralna Teatru Bogusławskiego jest większa, jednak kolokwialnie mówiąc inscenizacja „siadła” w niej idealnie, może zyskała trochę oddechu, a nie straciła nic z siły uczuć. Skoro widziałem ją po raz trzeci, oczywiste jest, że nie przeżyłem tym razem szczególnych zaskoczeń, bo przedstawienie to od początku było zrobione, nie wymagało zatem większych modyfikacji. Najwięcej tu zależy od aktorek i aktorów – bez wyjątku znakomitych. Wanię Piotra Pilitowskiego, Astrowa Piotra Franasowicza, Serebriakowa Kajetana Wolniewicza znów odnalazłem w całej ich desperacji, ale tym razem jeszcze bardziej dotknęły mnie role drugiego planu, na które wcześniej może mniejszą zwracałem uwagę. Tielegin Tadeusza Łomnickiego pogodzony w swej delikatnej rezygnacji, z determinacją zagadujący smutek swej egzystencji, Niania Jadwigi Lesiak, której czas odebrał słowa, a zostawił zadziwienie, że rozgęgały się gąsiory, a świat wypada z ram. Jeszcze Maman Barbary Szałapak, jednak ktoś więcej niż zapatrzona w Aleksandra idiotka, może kobieta odpędzająca własną starość i szukając w profesorze dawno utraconego punktu odniesienia.
Nic nie poradzę jednak na to, że jak na początku tak i teraz „Wujaszek Wania” Bogajewskiej zdaje mi się seansem licznych ról wspaniałych i jednej zdumiewającej. Maja Pankiewicz jako Sonia prowadzi teraz swą bohaterkę z większą chyba niż wcześniej wewnętrzną jasnością, a wciąż z tą samą pewnością uporczywego trwania po stronie dobra. Daje jej determinację i siłę, będąc zranioną dziewczynką, co w jednej chwili chce się stopić z powietrzem, a za moment przeistacza się w świadomą własnej klęski kobietę. Niezwykłe są i siła, i delikatność młodej aktorki.
Drugi wczorajszy spektakl łatwo byłoby nazwać komercyjną produkcją, która ma przyciągnąć widzów wiodącymi rolami dwóch aktorskich gwiazd. Łatwo, tyle że byłoby to krzywdzące i niesprawiedliwe. „Niespodziewany powrót” z warszawskiej Imki i Teatr Gudejko to bowiem coś więcej niż wspólny benefis Daniela Olbrychskiego i Tomasza Karolaka. Oczywiście, ich popularność jest gigantyczna, więc publiczność kupi każde ich wcielenie. Jednak „Niespodziewany powrót” to uczciwa robota – widowisko ascetyczne (zrezygnowałbym tylko z niektórych wizualnych ozdobników), oparte na rozmowie obu wykonawców, wydobywające na wierzch ich emocje, czasem wobec Olbrychskiego i Karolaka autoironiczne. Obaj inkrustowali tekst Serge’a Kribusa własnymi wstawkami, ale i tak wydaje się, iż francuski autor pisał swój tekst na ten właśnie aktorski duet, choć to przecież nieprawda. Karolak w roli Henryka rozlicza się w dużym stopniu ze swą rodzinną historią, Olbrychski nawiązuje do granego przez siebie Leara i z dużą przyjemnością nieco nakłuwa balon własnej sławy, rzucając kilka gorzkich uwag o aktorstwie i aktorach. Daje to wieczór zajmujący, taki, co nie udaje przepastnej głębi, a jednak jakoś zostaje w pamięci. Podobnie jak „Wujaszek Wania” z Ludowego portretuje ludzi w zbliżeniu, bez retuszu, takimi, jacy są.

Jacek Wakar

Kategoria:

Napisane przez Redakcja